Taki prezencik, bo bardzo mi się w ten weekend nudziło. Następny rozdział niestety nie pojawi się tak szybko. Myślę, że gdzieś w piątek, nie wcześniej.
Enjoy this shit motherfuckers.
Roleta szybko uniosła się ku górze, a światło
momentalnie uderzyło swoimi promieniami w twarz śpiącego mężczyzny. Głośne jęknięcie
dało znak, że zbytnio go to nie zadowalało. Na twarzy Jamesa pojawił się cień
uśmiechu. Ben wyglądał uroczo z tą burzą jasnobrązowych włosów i rozchylonymi
ustami.
- Wstawaj
śpiochu – powiedział donośnym głosem, próbując go rozbudzić. Nie przyniosło to
oczekiwanych rezultatów, więc potrząsnął nim. – Ben, idioto. Niedługo mamy
wywiad.
- Jaki
wywiad? – zapytał Ben zachrypniętym głosem, obdarzając Jamesa cierpiętniczym
spojrzeniem. – Danny miał iść, nie ja. – Chłopak przewrócił się na brzuch i
schował głowę pod poduszką.
James nie
chciał go budzić. Mógłby położyć się obok niego i spędzić tak resztę dnia. Chciałby
też robić inne rzeczy, np. całować każdy skrawek ciała Bena. Doprowadzić go do
jęków, błagania o więcej…
Stop! Nie może
myśleć o rżnięciu swojego przyjaciela. To nienormalne!
Wcześniej nie miał takich myśli. Może dlatego że chciał, aby udało mu się z
Brandi stworzyć porządny, prawdziwy związek? Niestety, ona mu nie wystarczała. A
jak byłoby z Benem? Czy mógłby dla niego porzucić swój rozwiązły styl życia?
- Danny jest
na kacu, tak samo reszta. Nie mamy wyjścia, musimy iść. – Wyciągnął z kieszeni
spodni komórkę i szybko zrobił Benowi zdjęcie. Podpisał ‘’Ben został pożarty
przez białego potwora zwanego poduszką. RIP’’ i wstawił swoje dzieło na twittera.
Ben powoli
wstał z łóżka, mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa oczerniające perkusistę.
James zaśmiał się z niego i poszedł po coś do jedzenia, natomiast Bruce
postanowił wziąć prysznic. Wszedł do kabiny i puścił wodę. Pragnął chociażby
przez kilka minut nie myśleć. Poprzedniego dnia napływ myśli sprawiał, że czuł
się okropnie i nie pozwalał mu zasnąć. Gorący, przyjemny strumień wody spłynął
po jego nagim ciele. Westchnął cicho. Musi przestać udręczać się nad swoim
losem i znów zacząć być dawnym sobą. Kiedyś, w czasach szkolnych miał depresję.
Nie chciał, aby to powróciło, ale nie potrafił się przed tym bronić. Znów popełnił
błąd, znów przekonał się, jak bardzo jest beznadziejny. Teraz nie ranił już
tylko siebie, ale także Samanthę.
Po wyjściu
spod prysznica i wytarciu się, chłopak podszedł do lustra i zaczesał grzywkę na
bok. Spojrzał smętnie na swoje odbicie i przetarł z roztargnieniem twarz, na
której wyraźnie widoczne było zmęczenie. Wyglądał niekorzystnie, ale nie miał
innego wyjścia, musiał pokazać się ludziom w takim stanie. Założył jakieś
podarte jeansy i czarną, obcisłą koszulkę bez rękawów.
- Śniadanie
gotowe, śpiąca królewno – powiedział James, widząc jak Ben wychodzi z łazienki.
- Co ty
dzisiaj taki miły jesteś? – zapytał podejrzliwie Ben, siadając naprzeciw
Jamesa. – Odkąd jesteśmy w Stanach, zachowujesz się inaczej.
- Ty też. Mam
po prostu dobry humor. A ciebie co męczy?
Ben odwrócił
wzrok i spojrzał na śpiącego Camerona na kanapie. Sam leżał obok niego, ledwo
mieścili się razem.
- Jebane
dziwki – skomentował, chcąc uniknąć nieprzyjemnego tematu. – O której wrócili?
James nie
odpowiedział. Westchnął jedynie, patrząc na Bena smutnym wzrokiem. Nie chciał,
żeby jego przyjaciel cierpiał.
***
Dziennikarz
zadawał zwyczajne, typowe pytania. James, aby było ciekawiej, co chwilę sobie
żartował, czym poprawił humor Benowi. Siedzieli na kanapie i wydawali się być
rozluźnieni. Lubili udzielać wywiadów, kiedy mieli zagwarantowane komfortowe
warunku. Dostali nawet kawę, bo dziennikarz zauważył, że wyglądają na
niewypoczętych.
- Ben,
dlaczego postanowiłeś założyć zespół? – zapytał w pewnej chwili na oko
czterdziestoletni mężczyzna.
- Nigdy nie
widziałem siebie w roli urzędasa. Od dziecka kochałem muzykę i to było moją
pasją. W szkole nie radziłem sobie dobrze. Zawsze jakieś kutasy psuły mi humor
i powodowały, że nie chciałem odwiedzać zbyt często tego miejsca, dlatego
zamknąłem się w sobie i zacząłem tworzyć – oznajmił nieco znudzony, bo mówił to
już wiele razy w swoim życiu. - Założenie zespołu było jedyną dobrą decyzją w
moim życiu – dodał.
James słuchał
tych słów z uwagą i skupieniem. Co mogło oznaczać ostatnie zdanie?
- Czyli nie
jesteście ludźmi idealnymi – zaśmiał się mężczyzna o całkiem sympatycznej,
nieco pulchnej twarzy obrośniętej dwudniowym zarostem. – Wciąż zdarza ci się
podejmować błędne decyzje, tak?
- Każdy
popełnia błędy. Nikt nie jest nieomylny – stwierdził Ben, bawiąc się kosmykiem
włosów. - Czasem wydaje nam się, że podejmujemy właściwą decyzję, a później
okazuje się, że działaliśmy zbyt pochopnie. Dopadają nas wyrzuty sumienia i
wtedy czujemy się źle.
- Ja uważam,
że nie można długo się zamartwiać błędami – wtrącił James. – Oczywiście,
każdemu zdarza się zrobić coś źle, ale nie możemy poddawać się wyrzutom
sumienia, bo zwyczajnie nas to przytłacza i kradnie zbyt wiele cennego czasu z
życia. Czasem lepiej szybko coś cofnąć
lub naprawić w jakiś sposób to co się spieprzyło.
Ben po
wysłuchaniu Jamesa czuł się dziwnie. Czasem
lepiej szybko coś cofnąć… W słowach Jamesa kryło się wiele prawdy. Bruce
powinien cofnąć swoją decyzję, porozmawiać z Sam, zamiast męczyć się dłużej w
kłamstwie.
- Dobrze,
powróćmy do tematu trasy koncertowej – powiedział dziennikarz, dostrzegając
dziwne napięcie między Jamesem i Benem. – Co zazwyczaj robicie między
koncertami?
- Lubimy się
masturbować – odparł Ben, a James roześmiał się. – Razem.
- Dochodzi
czasem do czegoś więcej? – zapytał uśmiechnięty dziennikarz.
- Wszyscy
pieprzymy Bena, on jest naszą małą dziwką – oznajmił James, śmiejąc się z miny
Bruce’a. Dziennikarz też nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Nie
potrzebujecie groupies, wystarczy wam Ben?
- Tak.
- Czasami
muszę wspomagać ich dildo, bo żaden z nich nie ma dużego – odgryzł się Ben.
- Ben, jak
mogłeś?! – krzyknął James, udając oburzenie.
Bruce zaśmiał
się i szybko przybliżył się do Jamesa. Ujął jego twarz w dłonie i złożył na
ustach Cassellsa subtelny pocałunek.
- Tylko się
nie obrażaj, kochanie.
James zaczął
się śmiać i udawać obrzydzenie, jednak jego serce biło mocno i pocałunek wcale
nie był dla niego nieprzyjemny. Nie zdążył nawet zasmakować ust Bena, ale jego
bliskość działała na niego wyjątkowo dobrze.
Po zakończeniu
wywiadu Cassells nie mógł przestać myśleć o Benie. Lubił jego uśmiech, subtelny
głos w połączeniu z brytyjskim akcentem. Ben Bruce był dla niego idealny. Potrafili
się razem śmiać i także rozmawiać o poważniejszych sprawach. Mieli podobne
poczucie humoru. Czasem zdarzały się również chwile wspólnego milczenia, które
też nie były najgorsze.
- Idziemy
kupić piwo? – zapytał James, gdy przechodzili obok sklepu.
- Okay,
jakiś Daniel’s też by się przydał – odparł Ben, wchodząc do sklepu. Odwrócił się
do perkusisty i spojrzał mu prosto w oczy. – Mam ochotę się dziś najebać. Porządnie
najebać.
W sklepie
było dużo ludzi, niektórzy spoglądali z zainteresowaniem na Jamesa i Bena. Ich
ciała były pokryte licznymi tatuażami i ubierali się w rockandrollowym stylu,
więc nie dziwne, że zwracali na siebie uwagę.
- Pamiętaj,
że jutro mamy koncert – przypomniał James, wkładając do wózka kilka czteropaków
piwa.
- Też mogę
być czasem nieodpowiedzialny jak Danny.
- A ja mogę
być nieodpowiedzialny razem z tobą, żeby nie mieli pretensji tylko do ciebie.
Ben uśmiechnął
się, słysząc te słowa i podszedł do kasy. Zapłacili za swoje zakupy i zaczęli
wracać do tourbusa, pijąc piwo.
- Jak tam z
Brandi? – zapytał niespodziewanie Ben. – Wytrzymuje z tobą?
- Dlaczego
miałaby nie wytrzymywać? – James zmarszczył brwi i wypił spory łyk piwa.
- Ja nie
potrafiłbym wytrzymać długo z osobą, która ciągle by mnie zdradzała –
stwierdził, wzruszając ramionami.
- Widocznie
jej to nie przeszkadza – odpowiedział James, po czym podszedł do kosza i wyrzucił
pustą butelkę. Chwilę później wyjął z reklamówki kolejne piwo.
Zaczęli rozmawiać
z Benem na luźniejsze tematy, jednakże James cały czas myślał o tym, jak byłoby
z Benem. Czy jego też by zdradzał? A może Ben Bruce wystarczałby mu i był
dokładnie tą osobą, której szukał?
***
Wrócili do
tourbusu już mocno podchmieleni, w dobrych nastrojach. Pozostała część zespołu,
zauważając, że przynieśli ze sobą alkohol, nagle rozbudziła się. Pierwszy do
Daniel’sa dorwał się Danny, co nikogo nie zaskoczyło. Pociągnął łyk, a Ben
wyrwał mu z ręki butelkę i sam sporo się napił.
Impreza trwała w najlepsze. Cały tourbus
spowity był dymem papierosowym, śmierdziało alkoholem. Powietrze stawało się
ciężkie, robiło się coraz goręcej. Głośny śmiech Danny’ego rozbrzmiewał w
pomieszczeniu i zdawał się uderzać w umysł Bena. Wypił zbyt dużo, ale czy to
było ważne? W tamtej chwili liczył się tylko alkohol i uczucie wolności. Siedział
na kanapie obok Jamesa. Strużka jasnego dymu unosiła się powoli z rozchylonych
warg Bruce’a. Cassells intensywnie wpatrywał się w gitarzystę, wyglądając na
zahipnotyzowanego tym widokiem. Potarmosił dłonią jasnobrązowe włosy Bena, a
kiedy ten spojrzał na niego, James wykradł mu z dłoni papierosa i sam się nim
mocno zaciągnął.
James uwielbiał
takie beztroskie chwile. Bezkarnie mógł wpatrywać się w Bena, bo pozostali
mieli inne zajęcia. Cameron i Sam przekomarzali się, a Danny… Danny zniknął i
najprawdopodobniej posuwał jakąś laskę w innej części busa, czym nikt się nie
przejmował. Worsnop taki był i wszyscy to akceptowali. Cassells zazwyczaj podczas
tras koncertowych też lubił wykorzystywać takie momenty na seks, ale tym razem
wolał zostać z chłopakami, a dokładniej z Benem. Był od niego o rok młodszy,
jednakże czuł potrzebę pilnowania go.
- James… -
wymruczał Ben, spoglądając na przyjaciela zamglonym wzrokiem.
- Mm?
- Bądź przy
mnie, James – wyszeptał pijackim głosem. – Bądź przy mnie. – Ben położył głowię
na ramieniu Cassellsa, a on objął go mocno. Oparł brodę na głowie Bena, a do
jego nozdrzy dotarł zapach perfum oraz tytoniu, którym przesiąknięte były włosy
gitarzysty.
Chaotyczne myśli
Bena dążyły w dziwnych, nierealnych wręcz kierunkach. Wyobrażał sobie przeróżne
sceny. Zerwanie z Sam, jej smutny wzrok, zawiedzione miny rodziców. Przypomniał
mu się chłopak ze szkoły, który niegdyś pobił go w łazience i wyzywał od
pedałów. A na końcu pojawił się James. Całujący go James, zapewniający, że on
go nigdy nie zostawi i będzie z nim do końca. Nieważne, co się będzie z nim dziać.
Nieważne, czy znów będzie czuł się gorzej, zacznie się okaleczać.
Bo James był
zawsze. Kiedy podczas trasy koncertowej coś się działo, Cassells był zawsze
gotów go pocieszyć. Dostrzegał też więcej niż inni. Właśnie kogoś takiego
potrzebował Ben. Kogoś, kto go zawsze zrozumie, kto nie będzie go oceniał.
Wirujące myśli
męczyły go. Niektóre zawstydzały. Pierwszy raz myślał o mężczyźnie w taki sposób.
Ale to nieważne… Następnego dnia obudzi się i wszystko wróci do normy, a dziś
może pozwolić wyobraźni pokazywać mu fantazyjne obrazki…
James
przytulał do siebie Bena. Widział, że chłopak zasypia w jego ramionach, ale nie
chciał go odprowadzać do łóżka. Pragnął mieć go przy sobie jak najdłużej.

"Wszyscy pieprzymy Bena, on jest naszą małą dziwką" KC XDDD
OdpowiedzUsuń/Marr.
Kocham kocham kocham!
OdpowiedzUsuń@b0rntodi3
Czytam, czytam i nagle... koniec :( dlaczego? Więcej!
OdpowiedzUsuńgenialne ;_____; czekam na następny rozdział!!
OdpowiedzUsuńsłodkie. @crossroadds
OdpowiedzUsuń45 yr old Software Test Engineer III Valery Breeze, hailing from Longueuil enjoys watching movies like Vehicle 19 and Archery. Took a trip to Three Parallel Rivers of Yunnan Protected Areas and drives a Legacy. powiedzial
OdpowiedzUsuń