niedziela, 16 czerwca 2013

Rozdział 2 HFS


Taki prezencik, bo bardzo mi się w ten weekend nudziło. Następny rozdział niestety nie pojawi się tak szybko. Myślę, że gdzieś w piątek, nie wcześniej.
Enjoy this shit motherfuckers. 




 
 Roleta szybko uniosła się ku górze, a światło momentalnie uderzyło swoimi promieniami w twarz śpiącego mężczyzny. Głośne jęknięcie dało znak, że zbytnio go to nie zadowalało. Na twarzy Jamesa pojawił się cień uśmiechu. Ben wyglądał uroczo z tą burzą jasnobrązowych włosów i rozchylonymi ustami.
- Wstawaj śpiochu – powiedział donośnym głosem, próbując go rozbudzić. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, więc potrząsnął nim. – Ben, idioto. Niedługo mamy wywiad.
- Jaki wywiad? – zapytał Ben zachrypniętym głosem, obdarzając Jamesa cierpiętniczym spojrzeniem. – Danny miał iść, nie ja. – Chłopak przewrócił się na brzuch i schował głowę pod poduszką.
James nie chciał go budzić. Mógłby położyć się obok niego i spędzić tak resztę dnia. Chciałby też robić inne rzeczy, np. całować każdy skrawek ciała Bena. Doprowadzić go do jęków, błagania o więcej…
Stop! Nie może myśleć o rżnięciu swojego przyjaciela. To nienormalne! Wcześniej nie miał takich myśli. Może dlatego że chciał, aby udało mu się z Brandi stworzyć porządny, prawdziwy związek? Niestety, ona mu nie wystarczała. A jak byłoby z Benem? Czy mógłby dla niego porzucić swój rozwiązły styl życia?
- Danny jest na kacu, tak samo reszta. Nie mamy wyjścia, musimy iść. – Wyciągnął z kieszeni spodni komórkę i szybko zrobił Benowi zdjęcie. Podpisał ‘’Ben został pożarty przez białego potwora zwanego poduszką. RIP’’ i wstawił swoje dzieło na twittera.
Ben powoli wstał z łóżka, mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa oczerniające perkusistę. James zaśmiał się z niego i poszedł po coś do jedzenia, natomiast Bruce postanowił wziąć prysznic. Wszedł do kabiny i puścił wodę. Pragnął chociażby przez kilka minut nie myśleć. Poprzedniego dnia napływ myśli sprawiał, że czuł się okropnie i nie pozwalał mu zasnąć. Gorący, przyjemny strumień wody spłynął po jego nagim ciele. Westchnął cicho. Musi przestać udręczać się nad swoim losem i znów zacząć być dawnym sobą. Kiedyś, w czasach szkolnych miał depresję. Nie chciał, aby to powróciło, ale nie potrafił się przed tym bronić. Znów popełnił błąd, znów przekonał się, jak bardzo jest beznadziejny. Teraz nie ranił już tylko siebie, ale także Samanthę.
Po wyjściu spod prysznica i wytarciu się, chłopak podszedł do lustra i zaczesał grzywkę na bok. Spojrzał smętnie na swoje odbicie i przetarł z roztargnieniem twarz, na której wyraźnie widoczne było zmęczenie. Wyglądał niekorzystnie, ale nie miał innego wyjścia, musiał pokazać się ludziom w takim stanie. Założył jakieś podarte jeansy i czarną, obcisłą koszulkę bez rękawów.
- Śniadanie gotowe, śpiąca królewno – powiedział James, widząc jak Ben wychodzi z łazienki.
- Co ty dzisiaj taki miły jesteś? – zapytał podejrzliwie Ben, siadając naprzeciw Jamesa. – Odkąd jesteśmy w Stanach, zachowujesz się inaczej.
- Ty też. Mam po prostu dobry humor. A ciebie co męczy?
Ben odwrócił wzrok i spojrzał na śpiącego Camerona na kanapie. Sam leżał obok niego, ledwo mieścili się razem.
- Jebane dziwki – skomentował, chcąc uniknąć nieprzyjemnego tematu. – O której wrócili?
James nie odpowiedział. Westchnął jedynie, patrząc na Bena smutnym wzrokiem. Nie chciał, żeby jego przyjaciel cierpiał.

***

Dziennikarz zadawał zwyczajne, typowe pytania. James, aby było ciekawiej, co chwilę sobie żartował, czym poprawił humor Benowi. Siedzieli na kanapie i wydawali się być rozluźnieni. Lubili udzielać wywiadów, kiedy mieli zagwarantowane komfortowe warunku. Dostali nawet kawę, bo dziennikarz zauważył, że wyglądają na niewypoczętych.
- Ben, dlaczego postanowiłeś założyć zespół? – zapytał w pewnej chwili na oko czterdziestoletni mężczyzna.
- Nigdy nie widziałem siebie w roli urzędasa. Od dziecka kochałem muzykę i to było moją pasją. W szkole nie radziłem sobie dobrze. Zawsze jakieś kutasy psuły mi humor i powodowały, że nie chciałem odwiedzać zbyt często tego miejsca, dlatego zamknąłem się w sobie i zacząłem tworzyć – oznajmił nieco znudzony, bo mówił to już wiele razy w swoim życiu. - Założenie zespołu było jedyną dobrą decyzją w moim życiu – dodał.
James słuchał tych słów z uwagą i skupieniem. Co mogło oznaczać ostatnie zdanie?  
- Czyli nie jesteście ludźmi idealnymi – zaśmiał się mężczyzna o całkiem sympatycznej, nieco pulchnej twarzy obrośniętej dwudniowym zarostem. – Wciąż zdarza ci się podejmować błędne decyzje, tak?
- Każdy popełnia błędy. Nikt nie jest nieomylny – stwierdził Ben, bawiąc się kosmykiem włosów. - Czasem wydaje nam się, że podejmujemy właściwą decyzję, a później okazuje się, że działaliśmy zbyt pochopnie. Dopadają nas wyrzuty sumienia i wtedy czujemy się źle.
- Ja uważam, że nie można długo się zamartwiać błędami – wtrącił James. – Oczywiście, każdemu zdarza się zrobić coś źle, ale nie możemy poddawać się wyrzutom sumienia, bo zwyczajnie nas to przytłacza i kradnie zbyt wiele cennego czasu z życia.  Czasem lepiej szybko coś cofnąć lub naprawić w jakiś sposób to co się spieprzyło.
Ben po wysłuchaniu Jamesa czuł się dziwnie. Czasem lepiej szybko coś cofnąć… W słowach Jamesa kryło się wiele prawdy. Bruce powinien cofnąć swoją decyzję, porozmawiać z Sam, zamiast męczyć się dłużej w kłamstwie.
- Dobrze, powróćmy do tematu trasy koncertowej – powiedział dziennikarz, dostrzegając dziwne napięcie między Jamesem i Benem. – Co zazwyczaj robicie między koncertami?
- Lubimy się masturbować – odparł Ben, a James roześmiał się. – Razem.
- Dochodzi czasem do czegoś więcej? – zapytał uśmiechnięty dziennikarz.
- Wszyscy pieprzymy Bena, on jest naszą małą dziwką – oznajmił James, śmiejąc się z miny Bruce’a. Dziennikarz też nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Nie potrzebujecie groupies, wystarczy wam Ben?
- Tak.
- Czasami muszę wspomagać ich dildo, bo żaden z nich nie ma dużego – odgryzł się Ben.
- Ben, jak mogłeś?! – krzyknął James, udając oburzenie.
Bruce zaśmiał się i szybko przybliżył się do Jamesa. Ujął jego twarz w dłonie i złożył na ustach Cassellsa subtelny pocałunek.
- Tylko się nie obrażaj, kochanie.
James zaczął się śmiać i udawać obrzydzenie, jednak jego serce biło mocno i pocałunek wcale nie był dla niego nieprzyjemny. Nie zdążył nawet zasmakować ust Bena, ale jego bliskość działała na niego wyjątkowo dobrze.
Po zakończeniu wywiadu Cassells nie mógł przestać myśleć o Benie. Lubił jego uśmiech, subtelny głos w połączeniu z brytyjskim akcentem. Ben Bruce był dla niego idealny. Potrafili się razem śmiać i także rozmawiać o poważniejszych sprawach. Mieli podobne poczucie humoru. Czasem zdarzały się również chwile wspólnego milczenia, które też nie były najgorsze.
- Idziemy kupić piwo? – zapytał James, gdy przechodzili obok sklepu.
- Okay, jakiś Daniel’s też by się przydał – odparł Ben, wchodząc do sklepu. Odwrócił się do perkusisty i spojrzał mu prosto w oczy. – Mam ochotę się dziś najebać. Porządnie najebać.
W sklepie było dużo ludzi, niektórzy spoglądali z zainteresowaniem na Jamesa i Bena. Ich ciała były pokryte licznymi tatuażami i ubierali się w rockandrollowym stylu, więc nie dziwne, że zwracali na siebie uwagę.
- Pamiętaj, że jutro mamy koncert – przypomniał James, wkładając do wózka kilka czteropaków piwa.
- Też mogę być czasem nieodpowiedzialny jak Danny.
- A ja mogę być nieodpowiedzialny razem z tobą, żeby nie mieli pretensji tylko do ciebie.
Ben uśmiechnął się, słysząc te słowa i podszedł do kasy. Zapłacili za swoje zakupy i zaczęli wracać do tourbusa, pijąc piwo.
- Jak tam z Brandi? – zapytał niespodziewanie Ben. – Wytrzymuje z tobą?
- Dlaczego miałaby nie wytrzymywać? – James zmarszczył brwi i wypił spory łyk piwa.
- Ja nie potrafiłbym wytrzymać długo z osobą, która ciągle by mnie zdradzała – stwierdził, wzruszając ramionami.
- Widocznie jej to nie przeszkadza – odpowiedział James, po czym podszedł do kosza i wyrzucił pustą butelkę. Chwilę później wyjął z reklamówki kolejne piwo.
Zaczęli rozmawiać z Benem na luźniejsze tematy, jednakże James cały czas myślał o tym, jak byłoby z Benem. Czy jego też by zdradzał? A może Ben Bruce wystarczałby mu i był dokładnie tą osobą, której szukał?

***

Wrócili do tourbusu już mocno podchmieleni, w dobrych nastrojach. Pozostała część zespołu, zauważając, że przynieśli ze sobą alkohol, nagle rozbudziła się. Pierwszy do Daniel’sa dorwał się Danny, co nikogo nie zaskoczyło. Pociągnął łyk, a Ben wyrwał mu z ręki butelkę i sam sporo się napił.
 Impreza trwała w najlepsze. Cały tourbus spowity był dymem papierosowym, śmierdziało alkoholem. Powietrze stawało się ciężkie, robiło się coraz goręcej. Głośny śmiech Danny’ego rozbrzmiewał w pomieszczeniu i zdawał się uderzać w umysł Bena. Wypił zbyt dużo, ale czy to było ważne? W tamtej chwili liczył się tylko alkohol i uczucie wolności. Siedział na kanapie obok Jamesa. Strużka jasnego dymu unosiła się powoli z rozchylonych warg Bruce’a. Cassells intensywnie wpatrywał się w gitarzystę, wyglądając na zahipnotyzowanego tym widokiem. Potarmosił dłonią jasnobrązowe włosy Bena, a kiedy ten spojrzał na niego, James wykradł mu z dłoni papierosa i sam się nim mocno zaciągnął.  
James uwielbiał takie beztroskie chwile. Bezkarnie mógł wpatrywać się w Bena, bo pozostali mieli inne zajęcia. Cameron i Sam przekomarzali się, a Danny… Danny zniknął i najprawdopodobniej posuwał jakąś laskę w innej części busa, czym nikt się nie przejmował. Worsnop taki był i wszyscy to akceptowali. Cassells zazwyczaj podczas tras koncertowych też lubił wykorzystywać takie momenty na seks, ale tym razem wolał zostać z chłopakami, a dokładniej z Benem. Był od niego o rok młodszy, jednakże czuł potrzebę pilnowania go.
- James… - wymruczał Ben, spoglądając na przyjaciela zamglonym wzrokiem.
- Mm?
- Bądź przy mnie, James – wyszeptał pijackim głosem. – Bądź przy mnie. – Ben położył głowię na ramieniu Cassellsa, a on objął go mocno. Oparł brodę na głowie Bena, a do jego nozdrzy dotarł zapach perfum oraz tytoniu, którym przesiąknięte były włosy gitarzysty.
Chaotyczne myśli Bena dążyły w dziwnych, nierealnych wręcz kierunkach. Wyobrażał sobie przeróżne sceny. Zerwanie z Sam, jej smutny wzrok, zawiedzione miny rodziców. Przypomniał mu się chłopak ze szkoły, który niegdyś pobił go w łazience i wyzywał od pedałów. A na końcu pojawił się James. Całujący go James, zapewniający, że on go nigdy nie zostawi i będzie z nim do końca. Nieważne, co się będzie z nim dziać. Nieważne, czy znów będzie czuł się gorzej, zacznie się okaleczać.
Bo James był zawsze. Kiedy podczas trasy koncertowej coś się działo, Cassells był zawsze gotów go pocieszyć. Dostrzegał też więcej niż inni. Właśnie kogoś takiego potrzebował Ben. Kogoś, kto go zawsze zrozumie, kto nie będzie go oceniał.
Wirujące myśli męczyły go. Niektóre zawstydzały. Pierwszy raz myślał o mężczyźnie w taki sposób. Ale to nieważne… Następnego dnia obudzi się i wszystko wróci do normy, a dziś może pozwolić wyobraźni pokazywać mu fantazyjne obrazki…
James przytulał do siebie Bena. Widział, że chłopak zasypia w jego ramionach, ale nie chciał go odprowadzać do łóżka. Pragnął mieć go przy sobie jak najdłużej.