sobota, 15 czerwca 2013

Rozdział 1. HFS


Zapraszam na pierwszy rozdział mojego Brassellsa. :D Jeżeli Wam się spodoba, dodajcie jakieś komentarze. ;) 



W klubie robiło się coraz duszniej i goręcej, natomiast krzyk fanek stawał się z każdą minutą głośniejszy. Zbliżała się godzina rozpoczęcia koncertu, pierwszego w nowej trasie. Podekscytowanie widowni sprawiało, że chłopaki czuli się trochę zestresowani. Zaraz mieli wejść na scenę, jeszcze tylko kilka minut. Muszą dać dobry koncert, pokazać na co ich stać. Niedawno wydali nową płytę, a pierwsze show musi być wyjątkowe.
Kiedy James Cassells wyszedł na scenę, poczuł prawdziwe szczęście. Fani zaczęli krzyczeć jeszcze głośniej, jeśli w ogóle było to możliwe. Kochał być w tym zespole, kochał uczestniczyć w tej niesamowitej przygodzie, która nosiła nazwę Asking Alexandria. Nie wyobrażał sobie życia bez chłopaków.
Każdy z nich miał jakieś problemy w życiu. Ben nie miał dobrych wspomnień z czasów szkoły średniej. Czuł się wtedy nie szczęśliwy. Nie tylko on. Założyli zespół i zaczęli tworzyć. Ludzie mawiają, że sztuka nie pochodzi od szczęścia. Mają całkowitą rację. Ich sztuka została stworzona przez smutek, cierpienie, dzięki czemu w późniejszym czasie zyskali szczęście.
Dali świetny koncert. Wszyscy byli równie zaangażowani, pragnęli pokazać się od jak najlepszej strony. Chcieli, aby była to ich najlepsza trasa koncertowa. Zdarzały im się słabe koncerty i nie chcieli, żeby coś takiego się powtórzyło. Byli już dojrzalsi, zmądrzeli. Obiecali sobie, że nie będą grać na kacu, aby nie zawieść fanów. Byli znani z tego, że nie stronią od alkoholu, więc jeśli mieli się upić, to tylko kiedy mają wolny dzień między występami.
W pewnym momencie Danny podszedł do Bena i go pocałował w policzek. Nie było to zaskakujące zjawisko, często wygłupiali się na scenie, ponieważ fanki pragnęły widzieć takie zachowanie. Nie uchodziło to uwadze Jamesa, jednak tym razem poczuł ukłucie w sercu. Grał dalej, ale z mniejszym zapałem niż wcześniej.
Ben Bruce podobał mu się. James nigdy nie ograniczał się, lubił seks z kobietami i zarówno z mężczyznami. Nie wiedział do końca, którą płeć woli, bo nigdy się nie zakochał. Nastoletnie miłostki się nie liczą. Czemu więc teraz wygłupy Bena i Danny’ego, do których już dawno powinien się przyzwyczaić, go zabolały? Podczas poprzednich tras mu to nie przeszkadzało. Lubił Bena, podobał mu się jego wygląd, nic więcej. Czyżby teraz coś się zmieniło?
Nie powinien być zazdrosny. Ben przecież nie mógł być z Danny’m, ponieważ od niespełna pół roku… posiadał żonę. I ten fakt Jamesa też zbytnio nie uszczęśliwiał, mimo że podczas ślubu nie odczuwał żadnych negatywnych uczuć. Darzył Sam sympatią i uważał, że ona z Benem doskonale do siebie pasują.
Co się z nim dzieje?
Czemu zaczyna czuć coś do przyjaciela?

***

Koncert dobiegł końca. Schodzili ze sceny nagradzani krzykiem i oklaskami. Zaśpiewali dodatkową piosenkę, więc musieli zignorować kolejny raz wykrzyczane ‘’one more song’’.
 Ben nie przyznawał się przed sobą do tego, ale naprawdę czuł ulgę. Był w Stanach Zjednoczonych, z dala od Sam. Z dala od pieprzonych zobowiązań.
- Kurwa, to było niesamowite! – wykrzyknął Worsnop, szczerząc się, gdy dotarli do tourbusu. – Musimy to jakoś uczcić!
- Niedaleko jest fajny klub, możemy tam pójść. Kolejny koncert mamy dopiero pojutrze – odparł Sam, szukając portfela. Kiedy go znalazł, włożył go do kieszeni spodni. – Idziecie? – spytał, spoglądając na pozostałych chłopaków.
- Jasne – powiedział Cameron, chwytając za komórkę, która wcześniej znajdowała się na kanapie. – Nie możemy zmarnować pobytu w Nowym Jorku.
Worsnop zaśmiał się głośno i poklepał Camerona po plecach. Spojrzał na pozostałą dwójkę.
- Ja nie mam ochoty na picie – powiedział Ben, po czym usiadł na kanapie. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem i zaciekawieniem. – Nie patrzcie tak na mnie – jęknął Bruce. – Jestem po prostu zmęczony, chcę trochę odpocząć.
- Zostanę z nim – wtrącił James. Ben obdarzył go zdziwionym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Wolałby zostać sam, lecz jeden James raczej nie będzie mu przeszkadzał. Gorzej byłoby, gdyby zostali wszyscy, otóż wtedy nie miałby szans na odpoczynek.
- Spoko, jak sobie chcecie – prychnął Danny. – My pójdziemy zaliczyć kilka zajebistych lasek, a wy będziecie się tu nudzić. – Worsnop zaśmiał się głośno, jednakże nie było w tym nic nadmiernie złośliwego. Przyjaźnili się ze sobą dużo czasu i nie obrażali się na siebie za takie słowa. Było to dla nich naturalne.  
- Myślałem, że masz dziewczynę – powiedział Sam.
- Mam, ale zaraz mogę mieć następną.
Chłopaki zaśmiali się i nie poruszali dalej tego tematu. Danny uwielbiał kobiety, więc James nie musiał być zazdrosny.
Znowu o nim myśli. Spogląda na twarz przypominającą aniołka, z której ust często wydobywają się przekleństwa, co gryzie się z jego wyglądem.
James, idioto! On ma żonę!, wewnętrzny głos skarcił go, a następnie odezwał się drugi. A skąd niby wiesz, że jest szczęśliwy?
James sam miał przecież dziewczynę, którą wiecznie zdradzał. Nie zachowywał się w porządku w stosunku do niej, ale ona o tym wiedziała i nie zerwała z nim. Zapewne wolałaby mieć go tylko dla siebie, a nie chcąc go stracić, udawała, że wszystko jest w porządku.
 Sam, Cameron oraz Danny wyszli z tourbusu, zostawiając tę dwójkę samą. Jak dobrze, że Ben nie potrafił mu czytać w myślach. Ogólnie Ben… Czy Ben mógł być bi? Często czytał w Internecie wypowiedzi fanek na jego temat i uważały, że Ben jest najbardziej gejowskim członkiem Asking Alexandrii, ale przecież to nic nie znaczyło.
Bruce wstał ze skórzanej kanapy i podszedł do lodówki, z której wydobył colę i piwo. Gorzki napój podał Jamesowi.
- Dlaczego nie poszedłeś z nimi? – zapytał po wypiciu łyka słodkiej coli. – Ty nigdy nie tracisz okazji na imprezowanie.
- Dzisiaj nie mam ochoty – stwierdził James, zdejmując z siebie przepoconą koszulkę. Zauważył, że Ben  zawiesił dłużej wzrok na jego klatce piersiowej, lecz zapewne było to jedynie zainteresowanie tatuażami. – Idę wziąć prysznic.
Ben został sam. Potrzebował świeżego powietrza, więc chwycił za swoją starą gitarę akustyczną i wyszedł na dwór. Niska temperatura na zewnątrz spowodowała u niego dreszcz, jednak nie wracał się po kurtkę. Granie na tej gitarze pozwalało mu się odprężyć. Przypominały mu się różne śmieszne sytuacje z przeszłości. Myślał, że ślub będzie dobrą decyzją, bo zawsze rodzice wmawiali mu, że powinien jak najszybciej znaleźć sobie partnerkę na całe życie, bo później może być za późno. Mylił się.  Zaczynał żałować zbyt pochopnie podjętej decyzji. Tęsknił za wolnością. Pamiętał, jak razem z Danny’m zaliczali laski podczas tras koncertowych. Mogło być to nierozsądne, ale on lubił te beztroskie chwile.
- Jesteś przygnębiony. – Ben usłyszał za sobą głos Jamesa. Cassells podszedł bliżej i usiadł obok niego na ławce. – Coś się stało? – zapytał, będąc pewny, że Bruce nie czuje się najlepiej. Zazwyczaj ten chłopak był pełen życia i wiecznie sobie żartował.
- Wszystko w porządku – Bruce skłamał gładko. – Mówiłem, jestem zmęczony.
- Benny, weź mnie nie oszukuj – burknął James, odchylając się do tyłu. Spojrzał w zachmurzone niebo. Miał nadzieję, że nie zacznie padać, bo rześkie powietrze było przyjemne i nie miał ochoty wracać do tourbusu. – Chodzi o Sam? – zapytał, kątem oka uważnie przypatrując się twarzy Bruce’a. Zakręcone włosy opadały mu na twarz. James chciał się zaśmiać, lecz tego nie zrobił, ponieważ czekał na odpowiedź na pytanie. Ben  zawsze prostował włosy, a na koncertach przez pot i oblewanie twarzy wodą znów zaczynały się kręcić.
- Tęsknię za nią. – Kolejne kłamstwo ledwo przeszło przez jego gardło. Było odwrotnie, cieszył się, że jest daleko od niej.
James skrzywił się lekko, co nie zostało na szczęście zauważone przez Bena, bo on wciąż grał na gitarze i przyglądał się strunom. Nie lubił kłamstw, a Bruce nie wyglądał na kogoś, kto tęsknił. Przypominał przygnębioną osobę, a trasa koncertowa na pewno cieszyła Bena i nieważne było jak daleko znajdowała się jego żona. Przecież równie mocno kochali ten zespół.
- Jak będziesz chciał pogadać szczerze – mocno zaakcentował to słowo – to możesz na mnie liczyć. Na nas wszystkich.
James nie doczekał się odpowiedzi. Ben zwyczajnie go olał i grał na gitarze. Cassells wstał i poszedł się przejść po opuszczonych uliczkach, co nie było zaskakujące ze względu na tę porę. Ludzie już dawno spali albo chowali się w klubach przed zbliżającą się ulewą. James nie mylił się, po niecałych piętnastu minutach zaczęło padać. Warknął pod nosem przekleństwo i zaczął pospiesznie wracać  do tourbusu. Chciał zapalić, lecz deszcz mu to skutecznie uniemożliwiał, a zatrzymanie się spowodowałoby, że zmókłby jeszcze bardziej.
Dotarł do tourbusu i zamknął za sobą drzwi. Starał się zachowywać jak najciszej, bo Ben mógł już spać. Powoli poszedł do części sypialnianej i zauważywszy Bena, przystanął. Chłopak siedział na łóżku, pochylając się z twarzą schowaną w dłoniach.
Płakał? Ben Bruce? Wiecznie radosny chłopak, nie wspominając o nie tak dalekiej przeszłości.  
Ben czuł się okropnie. Nie chciał obarczać chłopaków swoimi małżeńskimi problemami, jakkolwiek głupio to nie brzmiało. Niecałe pół roku i już są komplikacje, o których nawet małżonka nie wiedziała. Myślała, że Ben jest szczęśliwy z powodu ślubu. Czasem wspominała coś o dziecku, jednak Ben omijał ten temat. Nie wiedział, co robić. Bolała go rzeczywistość, męczyły wyrzuty sumienia. Nie mógł zranić Sam! Zmartwienia i poczucie winy jednak do niczego nie prowadzą. Musiał wziąć się w garść i na spokojnie wszystko przemyśleć.
James nie odzywał się. Patrzył na Bena, nie wiedząc, co powinien zrobić. Bruce uniósł głowę i wytarł ściekającą  po policzku łzę. Napotkał smutne spojrzenie Jamesa, który spróbował się do niego uśmiechnąć. Ben zaklął w myślach. Nie chciał, aby ktokolwiek widział go w chwili słabości. Szczególnie James. Z niewiadomych przyczyn wolał, żeby Cassells uważał go za kogoś silnego, a nie płaczącą ciotę, jednakże  nie umiał tłumić w sobie emocji.
 - Jesteśmy z tobą, Ben. Pamiętaj – wyszeptał James, po czym poszedł do swojego łóżka. Rozebrał się do bielizny i nakrył swoje ciało kołdrą.
Nie czuł się dobrze, bo powinien w jakiś sposób pocieszyć Bena. Nie zrobił tego, bo wolał nie kusić losu. Nie chodziło o zrobienie czegoś głupiego, np. pocałunku. James nie chciał, żeby jego umysł zaczął sobie zbyt wiele wyobrażać.
James nie chciał się zakochiwać w Benie.