Zapraszam na pierwszy rozdział mojego Brassellsa. :D Jeżeli Wam się spodoba, dodajcie jakieś komentarze. ;)
W klubie
robiło się coraz duszniej i goręcej, natomiast krzyk fanek stawał się z każdą
minutą głośniejszy. Zbliżała się godzina rozpoczęcia koncertu, pierwszego w
nowej trasie. Podekscytowanie widowni sprawiało, że chłopaki czuli się trochę
zestresowani. Zaraz mieli wejść na scenę, jeszcze tylko kilka minut. Muszą dać
dobry koncert, pokazać na co ich stać. Niedawno wydali nową płytę, a pierwsze
show musi być wyjątkowe.
Kiedy James
Cassells wyszedł na scenę, poczuł prawdziwe szczęście. Fani zaczęli krzyczeć
jeszcze głośniej, jeśli w ogóle było to możliwe. Kochał być w tym zespole,
kochał uczestniczyć w tej niesamowitej przygodzie, która nosiła nazwę Asking
Alexandria. Nie wyobrażał sobie życia bez chłopaków.
Każdy z nich
miał jakieś problemy w życiu. Ben nie miał dobrych wspomnień z czasów szkoły
średniej. Czuł się wtedy nie szczęśliwy. Nie tylko on. Założyli zespół i
zaczęli tworzyć. Ludzie mawiają, że sztuka nie pochodzi od szczęścia. Mają
całkowitą rację. Ich sztuka została stworzona przez smutek, cierpienie, dzięki
czemu w późniejszym czasie zyskali szczęście.
Dali świetny
koncert. Wszyscy byli równie zaangażowani, pragnęli pokazać się od jak
najlepszej strony. Chcieli, aby była to ich najlepsza trasa koncertowa. Zdarzały
im się słabe koncerty i nie chcieli, żeby coś takiego się powtórzyło. Byli już
dojrzalsi, zmądrzeli. Obiecali sobie, że nie będą grać na kacu, aby nie zawieść
fanów. Byli znani z tego, że nie stronią od alkoholu, więc jeśli mieli się
upić, to tylko kiedy mają wolny dzień między występami.
W pewnym
momencie Danny podszedł do Bena i go pocałował w policzek. Nie było to
zaskakujące zjawisko, często wygłupiali się na scenie, ponieważ fanki pragnęły
widzieć takie zachowanie. Nie uchodziło to uwadze Jamesa, jednak tym razem
poczuł ukłucie w sercu. Grał dalej, ale z mniejszym zapałem niż wcześniej.
Ben Bruce
podobał mu się. James nigdy nie ograniczał się, lubił seks z kobietami i
zarówno z mężczyznami. Nie wiedział do końca, którą płeć woli, bo nigdy się nie
zakochał. Nastoletnie miłostki się nie liczą. Czemu więc teraz wygłupy Bena i
Danny’ego, do których już dawno powinien się przyzwyczaić, go zabolały? Podczas
poprzednich tras mu to nie przeszkadzało. Lubił Bena, podobał mu się jego
wygląd, nic więcej. Czyżby teraz coś się zmieniło?
Nie powinien
być zazdrosny. Ben przecież nie mógł być z Danny’m, ponieważ od niespełna pół
roku… posiadał żonę. I ten fakt Jamesa też zbytnio nie uszczęśliwiał, mimo że
podczas ślubu nie odczuwał żadnych negatywnych uczuć. Darzył Sam sympatią i
uważał, że ona z Benem doskonale do siebie pasują.
Co się z nim
dzieje?
Czemu
zaczyna czuć coś do przyjaciela?
***
Koncert
dobiegł końca. Schodzili ze sceny nagradzani krzykiem i oklaskami. Zaśpiewali
dodatkową piosenkę, więc musieli zignorować kolejny raz wykrzyczane ‘’one more
song’’.
Ben nie przyznawał się przed sobą do tego, ale
naprawdę czuł ulgę. Był w Stanach Zjednoczonych, z dala od Sam. Z dala od
pieprzonych zobowiązań.
- Kurwa, to
było niesamowite! – wykrzyknął Worsnop, szczerząc się, gdy dotarli do tourbusu.
– Musimy to jakoś uczcić!
- Niedaleko
jest fajny klub, możemy tam pójść. Kolejny koncert mamy dopiero pojutrze –
odparł Sam, szukając portfela. Kiedy go znalazł, włożył go do kieszeni spodni. –
Idziecie? – spytał, spoglądając na pozostałych chłopaków.
- Jasne –
powiedział Cameron, chwytając za komórkę, która wcześniej znajdowała się na
kanapie. – Nie możemy zmarnować pobytu w Nowym Jorku.
Worsnop zaśmiał
się głośno i poklepał Camerona po plecach. Spojrzał na pozostałą dwójkę.
- Ja nie mam
ochoty na picie – powiedział Ben, po czym usiadł na kanapie. Wszyscy spojrzeli
na niego ze zdumieniem i zaciekawieniem. – Nie patrzcie tak na mnie – jęknął Bruce.
– Jestem po prostu zmęczony, chcę trochę odpocząć.
- Zostanę z
nim – wtrącił James. Ben obdarzył go zdziwionym spojrzeniem, ale nic nie
powiedział. Wolałby zostać sam, lecz jeden James raczej nie będzie mu
przeszkadzał. Gorzej byłoby, gdyby zostali wszyscy, otóż wtedy nie miałby szans
na odpoczynek.
- Spoko, jak
sobie chcecie – prychnął Danny. – My pójdziemy zaliczyć kilka zajebistych
lasek, a wy będziecie się tu nudzić. – Worsnop zaśmiał się głośno, jednakże nie
było w tym nic nadmiernie złośliwego. Przyjaźnili się ze sobą dużo czasu i nie
obrażali się na siebie za takie słowa. Było to dla nich naturalne.
- Myślałem,
że masz dziewczynę – powiedział Sam.
- Mam, ale
zaraz mogę mieć następną.
Chłopaki
zaśmiali się i nie poruszali dalej tego tematu. Danny uwielbiał kobiety, więc
James nie musiał być zazdrosny.
Znowu o nim
myśli. Spogląda na twarz przypominającą aniołka, z której ust często wydobywają
się przekleństwa, co gryzie się z jego wyglądem.
James, idioto! On ma żonę!, wewnętrzny głos skarcił go, a następnie
odezwał się drugi. A skąd niby wiesz, że
jest szczęśliwy?
James sam
miał przecież dziewczynę, którą wiecznie zdradzał. Nie zachowywał się w
porządku w stosunku do niej, ale ona o tym wiedziała i nie zerwała z nim. Zapewne
wolałaby mieć go tylko dla siebie, a nie chcąc go stracić, udawała, że wszystko
jest w porządku.
Sam, Cameron oraz Danny wyszli z tourbusu,
zostawiając tę dwójkę samą. Jak dobrze, że Ben nie potrafił mu czytać w
myślach. Ogólnie Ben… Czy Ben mógł być bi? Często czytał w Internecie wypowiedzi
fanek na jego temat i uważały, że Ben jest najbardziej gejowskim członkiem
Asking Alexandrii, ale przecież to nic nie znaczyło.
Bruce wstał
ze skórzanej kanapy i podszedł do lodówki, z której wydobył colę i piwo. Gorzki
napój podał Jamesowi.
- Dlaczego
nie poszedłeś z nimi? – zapytał po wypiciu łyka słodkiej coli. – Ty nigdy nie tracisz
okazji na imprezowanie.
- Dzisiaj
nie mam ochoty – stwierdził James, zdejmując z siebie przepoconą koszulkę. Zauważył,
że Ben zawiesił dłużej wzrok na jego
klatce piersiowej, lecz zapewne było to jedynie zainteresowanie tatuażami. –
Idę wziąć prysznic.
Ben został
sam. Potrzebował świeżego powietrza, więc chwycił za swoją starą gitarę
akustyczną i wyszedł na dwór. Niska temperatura na zewnątrz spowodowała u niego
dreszcz, jednak nie wracał się po kurtkę. Granie na tej gitarze pozwalało mu
się odprężyć. Przypominały mu się różne śmieszne sytuacje z przeszłości. Myślał,
że ślub będzie dobrą decyzją, bo zawsze rodzice wmawiali mu, że powinien jak
najszybciej znaleźć sobie partnerkę na całe życie, bo później może być za
późno. Mylił się. Zaczynał żałować zbyt pochopnie
podjętej decyzji. Tęsknił za wolnością. Pamiętał, jak razem z Danny’m zaliczali
laski podczas tras koncertowych. Mogło być to nierozsądne, ale on lubił te
beztroskie chwile.
- Jesteś przygnębiony.
– Ben usłyszał za sobą głos Jamesa. Cassells podszedł bliżej i usiadł obok
niego na ławce. – Coś się stało? – zapytał, będąc pewny, że Bruce nie czuje się
najlepiej. Zazwyczaj ten chłopak był pełen życia i wiecznie sobie żartował.
- Wszystko w
porządku – Bruce skłamał gładko. – Mówiłem, jestem zmęczony.
- Benny, weź
mnie nie oszukuj – burknął James, odchylając się do tyłu. Spojrzał w
zachmurzone niebo. Miał nadzieję, że nie zacznie padać, bo rześkie powietrze
było przyjemne i nie miał ochoty wracać do tourbusu. – Chodzi o Sam? – zapytał,
kątem oka uważnie przypatrując się twarzy Bruce’a. Zakręcone włosy opadały mu
na twarz. James chciał się zaśmiać, lecz tego nie zrobił, ponieważ czekał na
odpowiedź na pytanie. Ben zawsze
prostował włosy, a na koncertach przez pot i oblewanie twarzy wodą znów
zaczynały się kręcić.
- Tęsknię za
nią. – Kolejne kłamstwo ledwo przeszło przez jego gardło. Było odwrotnie,
cieszył się, że jest daleko od niej.
James skrzywił
się lekko, co nie zostało na szczęście zauważone przez Bena, bo on wciąż grał
na gitarze i przyglądał się strunom. Nie lubił kłamstw, a Bruce nie wyglądał na
kogoś, kto tęsknił. Przypominał przygnębioną osobę, a trasa koncertowa na pewno
cieszyła Bena i nieważne było jak daleko znajdowała się jego żona. Przecież równie
mocno kochali ten zespół.
- Jak
będziesz chciał pogadać szczerze – mocno zaakcentował to słowo – to możesz na
mnie liczyć. Na nas wszystkich.
James nie
doczekał się odpowiedzi. Ben zwyczajnie go olał i grał na gitarze. Cassells
wstał i poszedł się przejść po opuszczonych uliczkach, co nie było zaskakujące
ze względu na tę porę. Ludzie już dawno spali albo chowali się w klubach przed
zbliżającą się ulewą. James nie mylił się, po niecałych piętnastu minutach
zaczęło padać. Warknął pod nosem przekleństwo i zaczął pospiesznie wracać do tourbusu. Chciał zapalić, lecz deszcz mu
to skutecznie uniemożliwiał, a zatrzymanie się spowodowałoby, że zmókłby
jeszcze bardziej.
Dotarł do
tourbusu i zamknął za sobą drzwi. Starał się zachowywać jak najciszej, bo Ben
mógł już spać. Powoli poszedł do części sypialnianej i zauważywszy Bena,
przystanął. Chłopak siedział na łóżku, pochylając się z twarzą schowaną w
dłoniach.
Płakał? Ben
Bruce? Wiecznie radosny chłopak, nie wspominając o nie tak dalekiej
przeszłości.
Ben czuł się
okropnie. Nie chciał obarczać chłopaków swoimi małżeńskimi problemami,
jakkolwiek głupio to nie brzmiało. Niecałe pół roku i już są komplikacje, o
których nawet małżonka nie wiedziała. Myślała, że Ben jest szczęśliwy z powodu
ślubu. Czasem wspominała coś o dziecku, jednak Ben omijał ten temat. Nie wiedział,
co robić. Bolała go rzeczywistość, męczyły wyrzuty sumienia. Nie mógł zranić
Sam! Zmartwienia i poczucie winy jednak do niczego nie prowadzą. Musiał wziąć
się w garść i na spokojnie wszystko przemyśleć.
James nie
odzywał się. Patrzył na Bena, nie wiedząc, co powinien zrobić. Bruce uniósł
głowę i wytarł ściekającą po policzku
łzę. Napotkał smutne spojrzenie Jamesa, który spróbował się do niego
uśmiechnąć. Ben zaklął w myślach. Nie chciał, aby ktokolwiek widział go w
chwili słabości. Szczególnie James. Z niewiadomych przyczyn wolał, żeby
Cassells uważał go za kogoś silnego, a nie płaczącą ciotę, jednakże nie umiał tłumić w sobie emocji.
- Jesteśmy z tobą, Ben. Pamiętaj – wyszeptał
James, po czym poszedł do swojego łóżka. Rozebrał się do bielizny i nakrył
swoje ciało kołdrą.
Nie czuł się
dobrze, bo powinien w jakiś sposób pocieszyć Bena. Nie zrobił tego, bo wolał
nie kusić losu. Nie chodziło o zrobienie czegoś głupiego, np. pocałunku. James
nie chciał, żeby jego umysł zaczął sobie zbyt wiele wyobrażać.
James nie
chciał się zakochiwać w Benie.